Rozdział: VI. Jak gdyby nic się nie zmieniło...
czwartek, 28 sierpnia 2008, 23:48:16

~*~

Początek tego roku szkolnego powitał ich wyjątkowo ulewnymi opadami i ani trochę nieprzypominającą letniej pogodą. Jennifer obudziły bladym świtem odbijające się o parapet wielkie krople deszczu. Otworzyła oczy trąc je zapamiętale. Przespała zaledwie kilka godzin. Nie mogła zasnąć. Pół nocy rozmyślała o świństwie, które zrobił jej... No może i nie nazwałaby go przyjacielem, ale w każdym bądź razie nie powinien się tak zachować. Obiecała sobie, że nie pozwoli by takie upokorzenie jej uszło mu na sucho. A to, że zemsta najlepiej smakuje na zimno miała zamiar przekonać się już niebawem. Chytry plan natychmiast zagościł w myślach Ślizgonki, która z szyderczym uśmiechem podążyła do łazienki wsiąść poranny prysznic. O tak wczesnej porze nie zastała nikogo w Wielkiej Sali. Postanowiła poczekać, aż inni zejdą na śniadanie. Wyszła więc na błonia. Kroczyła przez kałuże zasłaniając oczy rękoma, bo przez tą ulewę ledwo widziała, w którą idzie stronę. Doszła na skraj Zakazanego Lasu, gdzie pośpiesznie ukryła się pod jednym z drzew. W ciągu paru chwil zdążyła przemoknąć do ostatniej suchej nitki i uznała, że spacer nie był jednak najlepszym pomysłem. Drogę powrotną postanowiła pokonać biegiem. Odczekała chwilę w nadziei, że może przestanie trochę padać, ulewa jednak jak na złość wzmogła się jeszcze bardziej. Ruszyła szybko w stronę zamku nie widząc nic i potykając się co chwilę na śliskiej trawie. Była już niedaleko, kiedy poczuła tępy ból w klatce piersiowej. Nim się obejrzała, już leżała jak długa na ziemi. Podniosła wzrok chcąc nawrzeszczeć na winowajcę, który nawet nie śmiał powiedzieć słowa przeprosin wywracając ją. Jej oczom ukazała się blada twarz z przyklejonymi do czoła mokrymi kosmykami platynowych włosów. Szare oczy wpatrywały się w nią bez wyrazu.
- Embers, sorry, nie widziałem cię... - Malfoy wyciągnął rękę, chcąc pomóc jej się podnieść.
- Spierdalaj! - Syknęła gniewnie z trudem się podnosząc.
Jasne niebo rozbłysło piorunami. Zaczęło grzmieć.
- Daj spokój, przecież wiesz, że to był...
- Powiedziałam spierdalaj! - Ryknęła omijając go i podążyła w stronę zamku wpadając w kałużę po kostki.
- Szlak by to trafił! - Zaklął blondyn wsuwając ręce głęboko do przemoczonych kieszeni bluzy. Obejrzał się i zdążył tylko usłyszeć głośne trzaśnięcie drzwiami wejściowymi. Podążył przez błonia nie zwracając uwagi na szalejącą burzę.

*

Ciemnowłosy chłopak rozciągnął się rozkosznie w łóżku otwierając leniwie oczy. Pogoda była wyjątkowo parszywa. Nie zraził się tym jednak i ochoczo zabrał się za zrobienie tego, co sobie zaplanował. Musi ich pogodzić. Dziwnie będzie się czuł chodząc od jednego, do drugiego by porozmawiać. Wiedział, że żadne z nich nie będzie chciało przebywać w swoim towarzystwie. Postanowił jakoś temu zaradzić.
Wziął szybki prysznic, narzucił na siebie pierwsze lepsze ubranie i wyszedł z dormitorium. Z wilgotnymi jeszcze włosami ruszył korytarzem w prawo, kierując się stronę pokoi dziewcząt. Zapukał trzy razy, a nie słysząc odpowiedzi wkroczył do pomieszczenia.
- Embers? Jesteś tu?!
- Kto tam? - Usłyszał cichy głos zza drzwi łazienki.
- To ja, Blaise - powiedział otwierając drzwi i zaglądając do środka - Jennifer, wszystko w porządku? - Podbiegł do dziewczyny widząc, że siedzi na podłodze cała przemoczona. - Ty płaczesz? - Ukląkł przy niej kładąc ręce na jej kolanach. - Mała, co jest? Chodzi o Malfoya?
- Nie wspominaj przy mnie o tym palancie! - Ryknęła chlipiąc i pociągając co chwilę żałośnie nosem.
- Dobrze, już w porządku, nie płacz - objął ja ramieniem wycierając rękawem bluzy zapłakaną twarz. - Jesteś cała zziębnięta. Musisz się przebrać i ogrzać. Chodź - wstał i wziął ją na ręce. Zaniósł do pokoju i posadził na krześle, a sam zaczął przetrząsać jej szafę w poszukiwaniu jakichś suchych ubrań.
- Nie szukaj, mam tu szlafrok - rzuciła przytłumionym od płaczu głosem i zaczęła zdejmować mokre ubrania. Zabini zaskoczony pośpiesznie się odwrócił.
- Już? - Zapytał po chwili.
- Och, Blaise! - Jennifer podeszła do niego na nowo wybuchając płaczem. Chłopak stwierdził, że dziewczyna ma na sobie tylko bieliznę.
- Eee chyba jednak będzie lepiej jak się ubierzesz - zaczął speszony.
- Blaise przytul mnie, zimno mi - zaczęła szczękać zębami i wtuliła się mocniej w chłopaka.
- Podam ci szlafrok, cała się trzęsiesz - podszedł szybko po wspomnianą część garderoby i otulił nią dziewczynę. Potem zaniósł ją do łóżka i położył pod kołdrę.
- Może położysz się obok mnie? Tak będzie cieplej - Jennifer spojrzała na niego proszącym wzrokiem.
- Co? - Zabini był zaskoczony. Dziewczyna, która ciągle się z nim kłóciła, droczyła nagle chce, żeby się przy niej kładł? Coś tu było nie tak.
- Eee, Jenny, chyba nie najlepiej się czujesz, może zaprowadzę cie do skrzydła szpitalnego i...
- Nie! Chce po prostu żebyś się przy mnie położył do cholery! Sam mówiłeś, że trzeba się zabawić. Może ten kretyn miał rację. Pewnie brakuje mi seksu i tak dalej, dlatego tak na wszystkich wrzeszczę i ciągle mi nic nie pasuje, więc może po prostu się tu połóż... - Mówiła jak nakręcona gestykulując żywo rękami, tak, że szlafrok zsunął się z ramion ukazując spore piersi w ładnym koronkowym staniku. Zabiniemu nie umknął ten widok i zaklinając sam siebie za ten poroniony pomysł wsunął się pod kołdrę obok Jennifer.
- Już dobrze, przestań gadać i się uspokój. To wcale nieprawda, że na wszystkich wrzeszczysz.
Embers spojrzała na Zabiniego dziwnym wzrokiem i wtuliła się mocno w jego ciało. Chłopak przełknął głośno ślinę, pamiętając by nad sobą panować.
- Ale wy obydwaj mieliście rację, naprawdę była okropna, przepraszam...
- Jennifer przestań bredzić - Zabini był zaskoczony. Po pierwsze tym, że pierwszy raz w życiu słyszał, by ta uparta do granic możliwości Ślizgonka używała słowa „przepraszam”, a po drugie nigdy wcześniej się tak nie zachowywała. Coś musiało być nie tak.
- Posłuchaj, może lepiej będzie jak weźmiesz od pani Pomfrey coś na uspokojenie, zapalisz fajka i wszystko będzie ok.
- Co, nie podobam ci się? - Jennifer wstała szybko z łóżka i zrzuciła z siebie szlafrok. Zabini mógł tera podziwiać jej zgrabne ciało spowite kusząca, skąpą bielizną.
- Dziewczyno, zakryj się! - Podniósł szlafrok i zaczął nim pośpiesznie okrywać Ślizgonkę – chcesz żebym miał zawał?
- Blaise, zamknij się wreszcie! - Zrzuciła z siebie nakrycie i podeszła do chłopaka. - Przecież nic ci się nie stanie, tak? Czego się boisz? Nie chcę z tobą chodzić. Chcę tylko się trochę zabawić - szepnęła zdejmując z niego koszulkę.
- Ale... - Dziewczyna zatopiła wargi w jego klatce piersiowej, na co protesty Zabiniego wzięły na razie urlop. Jego ręce również zaczęły brodzić po wilgotnych jeszcze plecach dziewczyny. Poczuł jak dłonie Jennifer schodzą do jego rozporka, powoli zdjęła mu spodnie. Został teraz w samych bokserkach. Nie myślał już o niczym. Nie potrafił. Przecież ona nie mogła wiedzieć, że od dawna marzył o takiej chwili w jej towarzystwie.
- Blaise, chcę tego... - Jennifer przylgnęła do niego całym ciałem i obrzucała jego usta gorącymi pocałunkami. Popchnęła go lekko przewracając na podłogę i usiadła na nim okrakiem. Doskonale czuła jego naprężoną męskość. Zamknęła oczy. Nie chciała się obwiniać, że robi źle. Że tylko pogorszy swoją nędzną już sytuację. Przecież to najlepsi kumple. Jeśli Malfoy się dowie to już nigdy... Dała się ponieść emocjom. Przecież nie można wiecznie tłumić ich w sobie. Zabini okazał się czuły i namiętny. Oddawał jej pocałunki z jeszcze większą mocą. Jego ręce dotykały jej piersi wywołując u niej przyjemne dreszcze rozchodzące się po całym ciele. Teraz on się nie liczy. Jeżeli jest takim kretynem to jego sprawa, a ona nie zamierza z niczego rezygnować. Co? Tylko on może się dobrze bawić?! Już ona mu pokaże!
Poczuła jak Zabini próbuje rozpiąć jej stanik. W tym samym momencie usłyszeli jak drzwi dormitorium otwierają się na oścież. Oderwali się gwałtownie od siebie i spojrzeli w tamtym kierunku, gdzie w progu stał Malfoy z miną pełną zaskoczenia. W reku trzymał mały bukiecik niezapominajek - ulubionych kwiatów Jennifer. Stał tak oniemiały. Żadne z trójki nie wiedziało jak zareagować. Pierwsza odzyskała świadomość Jennifer. Wstała i poprawiła niesforną bieliznę, po czym narzuciła na siebie szlafrok. Zabini też się podniósł i wbił wzrok w Malfoya.
- Mógłbyś pukać, a nie wchodzić bez pytania?! - Embers spojrzała na blondyna ze złością.
- Pukałem, ale nikt nie otwierał, więc pomyślałem, że...
- Chciałeś czegoś czy nie, bo nie mam czasu?! - Rzuciła idąc w stronę biurka. Sięgnęła z paczki papierosa, po czym rzuciła ją do Zabiniego. Ten już w spodniach również się poczęstował i dał Malfoyowi. On jakby dopiero po chwili się ocknął, zamknął powoli za sobą drzwi i nieśmiało usiadł na krześle. Cała trójka siedziała tak chwilę w milczeniu zaciągając się mocno papierosami.
- Więc jak? O co chodzi? - Popatrzyła na Malfoya. Wrócił jej dawny, pewny siebie wyraz twarzy.
- Ja chciałem cie przeprosić za wczoraj, bo...
- Ależ Draco, nie ma sprawy. Nie ma co wspominać, było minęło...
Malfoy i Zabini spojrzeli na nią jak na wariatkę. Jennifer nie przejęła się tym jednak i kontynuowała:
- Miałeś absolutną rację, wrzeszczałam na wszystkich, była nieznośna i w ogóle. Może rzeczywiście brakowało mi seksu tak jak powiedziałeś. Ale jak widzisz Zabini był na tyle dobry, by pomóc koleżance w potrzebie. - Chłopcy mieli nietęgie miny. Embers mówiła to tak dziwnym tonem, że nie wiedzieli jak zareagować. Blaise czuł się w pewien sposób poniżony. Zabrzmiało to tak, jakby chciała go użyć jako zabawki, a potem wyrzucić.
Przecież go uprzedziła. Mówiła, że nie chce z nim chodzić, że chce się tylko zabawić. Czy naprawdę mógł być aż tak naiwny, by sądzić, że może wyjść z tego coś więcej?
Malfoy był za to zdziwiony, że tak łatwo mu poszło. W końcu ten jego urok osobisty. Wiedział, że nie będzie się długo na niego gniewała. A Zabini tylko go straszył. Był jednak trochę rozczarowany. Bał się, że ta dwójka może zacząć się ze sobą umawiać. A przecież tego nie chciał. Dobrze było tak, jak przedtem. Miał nadzieję, że oni tego nie zepsują. W końcu ich trójka trzymała się razem od jakiegoś czasu. Nie zauważył wcześniej, żeby Embers leciała na Blaise’a. Traktowała ich obydwóch tak samo. Oczywiście umawiała się czasem z jakimiś chłopakami, zresztą on się tym nigdy nie interesował. Miał swoje sprawy na głowie.
- Tak więc chyba wszystko w porządku - rzuciła obojętnie Jennifer gasząc papierosa w popielniczce - a teraz zechcecie wyjść, muszę się ubrać. I zaraz zejdziemy na śniadanie.
- Jasne! - Malfoy najwyraźniej uznał sprawę za zakończoną, położył jednak na stoliku przy drzwiach bukiet niebieskich niezapominajek i wyszedł z dormitorium. Zabini stał chwilę nieruchomo patrząc jak dziewczyna narzuca na siebie bluzkę.
- Eee... - Zaczął, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.
- Coś nie tak? - Rzuciła do niego związując sobie włosy w koński ogon.
- To co dziś się wydarzyło... No wiesz...
- Aaaa, to. Daj spokój. Już o tym zapomniałam. Nie martw się nie będę ci robić żadnych wyrzutów. Jest tak jak dawniej - rzuciła wesoło i powróciła do ubierania się.
Blaise narzucił koszulkę, spojrzał niepewnie w jej stronę jakby czekając czy jeszcze coś powie. Ona jednak nie zaszczyciła go już nawet spojrzeniem, więc chcąc nie chcąc powlókł się smętnie do wyjścia. Skąd ona mogła wiedzieć, że nie na taką odpowiedź liczył...
Malfoy czekał na niego w pokoju wspólnym.
- Nie mówiłeś, że sypiasz z Embers... - Zaczął blondyn.
- Bo nie sypiam - odparł Blaise opadając ciężko na kanapę.
- Jasne, jasne. A teraz to niby graliście w karty...
- Do niczego nie doszło. Tylko się całowaliśmy - uciął Zabini, patrząc nieprzytomnie w jakiś odległy punkt na suficie.
- Co ty gadasz? Przecież ona mówiła, że...
- Powiedziałem, że nic nie było, zrozumiano?! - Zerwał się na równe nogi patrząc ze złością na Malfoya. Ten otworzył szeroko oczy zdziwiony reakcją Zabiniego.
- Ej, wyluzuj, ja tylko...
- Och, zamknij się wreszcie! - Blaise odwrócił się i podążył do wyjścia zostawiając Malfoya z głupią miną.

*

Usłyszała ciche trzaśnięcie drzwiami. Nasłuchiwała chwilę, czy żaden z nich nie wróci się do pokoju, po czym wybuchła głośnym, histerycznym płaczem. Opadła na kolana waląc pięściami w podłogę.
- Co się z tobą dzieje dziewczyno?! - Ryknęła do pustego pokoju. Odpowiedziała jej cisza.
- Czy to wszystko musi być aż tak popieprzone?! - Głośny szloch ponownie wyrwał się z jej ust. Krzyczała i płakała na przemian, oczekując, że to w jakiś sposób pomoże jej się uspokoić. - Wszystko robię źle! Po co wpakowałam się w to bagno? Najlepiej by było jakbym nie rozmawiała z żadnym z nich! Idiota! - Syknęła na myśl o Malfoyu - wystarczyło, że powiedziałam dwa słowa, a on już się usprawiedliwił. Może gdyby nie zastał nas w takiej sytuacji, a zresztą teraz i tak nie ma żadnych szans. On myśli, że podoba mi się Blaise. Temu znowu podobam się ja. Wszystko jest pokręcone. - Rzuciła na koniec tego smętnego monologu. Podniosła się z podłogi, wytarła twarz i zrobiła lekki makijaż. Dokończyła ubieranie i ruszyła na śniadanie do Wielkiej Sali, obiecując sobie, że będzie się zachowywać jak gdyby nic się nie zmieniło...


komentarze [6]
Rozdział: III. Kłótnia
czwartek, 31 lipica 2008, 19:47:56

~*~

Jennifer tej nocy spało się wyjątkowo dobrze. W domu jakoś nigdy nie mogła spokojnie zasnąć, ciągle czymś się zadręczała lub rozmyślała o jakichś nieistotnych rzeczach. A tu w Hogwarcie wystarczyło, że położyła głowę na poduszkę i od razu kraina Morfeusza porwała ją w swe objęcia. Nad ranem obudziła się wyjątkowo wypoczęta i pełna życia. Porozciągała się chwilę i spojrzała na zegarek. Wskazywał siódmą, więc nie musiała się śpieszyć. Po paru minutach wylegiwania się bez celu wstała i podeszła do małego okienka - jedynego w całym pomieszczeniu. Ze względu na to, że sypialnie Ślizgonów znajdowały się w lochach nie mięli dużych okien jak na przykład Gryffoni, których dormitoria były na szczycie wierzy. Otworzyła je na oścież i tradycyjnie jak w każdy poranek sięgnęła po papierosy, czując, że jej organizm domaga się kolejnej porcji nikotyny. Przysiadła na krześle przy biurku i rozmyślała o Malfoyu i zadaniu, które otrzymał od Czarnego Pana. Ciekawość wprost ją rozpierała. Bardzo chciała się dowiedzieć, co też Dracon musi zrobić. W pewien sposób mu zazdrościła. Pomyślała, jakie oni mieliby miny, gdyby oznajmiła, że otrzymała właśnie tajną misję od samego Lorda Voldemorta. Wiedziała, że wywarłoby to na nich niemałe wrażenie. Dopaliła papierosa wyrzucając go za okno i ruszyła pod prysznic. Cieszyła się, że ma własne dormitorium ze swoją prywatną toaletą. Nie miała rodzeństwa, toteż nie była przyzwyczajona, żeby cokolwiek mieć wspólne. Wolała samotność, niż dzielenie pokoju z innymi dziewczynami. Brała kąpiel, gdy usłyszała pukanie do drzwi.
- Kogo tam niesie z samego rana? - Mruknęła do siebie szukając szlafroka. Nakryła się i poszła otworzyć.
- A ty tu czego? - Warknęła widząc w drzwiach Zabiniego w samych bokserkach, za to z szerokim uśmiechem na ustach.
- Dzień doberek, jak się spało? - Rzucił wesoło i nie czekając na zaproszenie wkroczył do pokoju. Podszedł do biurka i widząc paczkę papierosów poczęstował się bez pytania. Potem usadowił się wygodnie na łóżku i podpalając go sobie spojrzał na Jennifer.
- Coś nie tak?
- Jakoś sobie nie przypominam żebyś tu mieszkał - odparła oschle idąc z powrotem do łazienki.
- Ale o co ci chodzi? Tak tylko wpadłem, chciałem cie obudzić, ale widzę, że już na mnie czekałaś. - Uniósł zachęcająco brwi.
- Zaraz ci zetrę z twarzyczki ten przygłupi uśmieszek - odpowiedziała wojowniczo i zamknęła za sobą drzwi toalety.
- Kobiety... - Mruknął do siebie, a w tym samym momencie ponownie rozległo się pukanie.
- Otwórz, Zabini! - Usłyszał krzyk Jennifer.
- Widzę, że rodzinka w komplecie - rzucił, widząc Malfoya stojącego w progu.
- Tak myślałem, że cie tu znajdę. U ciebie nie było nikogo, więc przyszedłem tutaj.
- A kto miał u mnie być, spędziłem u Embers calutką noc - odparł Zabini z poważną miną.
- Jennifer, to prawda, że spałaś z tym przygłupem?! - Dracon krzyknął w stronę łazienki, a drzwi jak na komendę otworzyły się na oścież.
- Jasne, było nawet fajnie, chociaż ma małego - roześmiała się widząc minę Zabiniego - więc czego tu szukacie z samego rana?
- Nudziło mi się to przyszedłem do ciebie. Do Malfoya wolałem nie wchodzić, bo nie wiedziałem czy Parkinson jeszcze u niego jest.
- Przegoniłem ją ledwo, dopiero godzinę temu. Nie chciała dać mi spokoju - blondyn podszedł do biurka i wziął sobie papierosa.
- Proszę bardzo, częstujcie się! - Jennifer opadła ze złością na łóżko, a obok niej Zabini.
- Proszę, tylko nie przy mnie - Malfoy popatrzył prosząco na dwójkę Ślizgonów.
- Moje dormitorium, mogę robić, co chcę - Jennifer spojrzała na blondyna - a jak tam pierwsza nocka w szkole? Mopsik chyba się spisał.
- Odwal się - Dracon zaczął przeglądać pierwszy lepszy podręcznik leżący na biurku - nie chcę mi się o tym gadać.
- Co, nie popisałeś się? Wiesz, każdemu się zdarza spadek formy - rzekła Jennifer z udawanym współczuciem, na co Blaise zachichotał.
- Zamknijcie się obydwoje - warknął Malfoy gasząc papierosa. - Myślałem, że będziesz ciekawa, jakie zadanie dał mi Czarny Pan.
Jennifer natychmiast spoważniała, a Blaise przestał chichotać.
- Może i jestem.
- Mam zabić Dumbledore'a - wypalił Draco siląc się na obojętny ton, w jego głosie dało się jednak wyczuć napięcie. Wyraźnie zależało mu na tym, by wywrzeć jak najlepsze wrażenie.
- Co ty opowiadasz?! Nigdy w to nie uwierzę!
- On mówi poważnie - wtrącił się Blaise - sam słyszałem jak gadał o tym ze starymi.
-...Ale, ale to niemożliwe. Nie mogłeś dostać takiego zadania - Jennifer spojrzała z niedowierzaniem na Malfoya, jakby czekała aż powie, że to zwykły żart.
- Widocznie Czarny Pan uznał, że jestem godny zaufania i go nie zawiodę. - Wypiął dumnie pierś i ponownie zaczął kartkować książkę.
- I jak zamierzasz to zrobić?
- Jeszcze nie wiem, liczyłem na to, że mi pomożecie. Oczywiście wspomnę o tym Czarnemu Panu, gdy już będzie po wszystkim. O rzesz, a co to jest?! - Wykrzyknął patrząc na stronę księgi, którą przeglądał.
- Skąd to masz? - Podszedł do Jennifer pokazując jej przepis na eliksir spokojnej śmierci.
- To właśnie ta książka, o której wspominałam w pociągu. Zabini jednak okazał się takim tępakiem, że zupełnie go to nie zainteresowało - spojrzała gniewnie w stronę bruneta, na co pokazał jej język, ale również z ciekawością zerknął do księgi.
- Niesamowite - mruknął Malfoy z uznaniem, doczytując do końca opis mikstury - chyba już mamy sposób na Dumbledore'a. Nie sądziłem, że to będzie aż tak proste - na twarzy blondyna zawitał wyraz szczerego zadowolenia.
- A czytałeś przepis? Piszą tutaj, ze trzeba go robić w określonych fazach księżyca, a zdobycie składników na pewno jest piekielnie trudne - odparł Blaise wpatrując się podejrzliwie w stronnicę.
- Z tym damy sobie jakoś radę. Jestem pewny, że się uda! - Malfoy rzucił księgę na podłogę i klasnął uradowany w dłonie. - No szybciutko dzieciaki, ruszamy na śniadanko! - Tego dnia chyba już nic nie mogło zepsuć doskonałego humoru Dracona.

Po śniadaniu dostali od Snape'a plany lekcji. Jennifer nie musiała nawet zerknąć na swój, bo po minie Malfoya już wiedziała, z kim będą mieli pierwsze zajęcia. Eliksiry z Gryfonami. Wszystko, czego w tym momencie potrzebowała to oglądanie tej wrednej twarzyczki głupiego Pottera i reszty jego "wspaniałej" ekipy.
- Dzień zapowiada się niezwykle ciekawie - rzucił Zabini z przekąsem, wstając od stołu, a dwójka Ślizgonów ruszyła za nim w stronę lochów. Do klasy wpuszczał ich nowy nauczyciel, bo w tym roku Snape nie uczył już eliksirów, ale obrony przed czarną magią. Jennifer nie wiedziała jak się nazywa, bo nie słuchała za bardzo przemówienia Dumbledore'a poprzedniego dnia. Wiedziała tylko tyle, że ów mężczyzna waży tyle samo, co cała ich trójka razem. Weszli do klasy zajmując ostatnie ławki po prawej stronie. Było to doskonałe miejsce. Znajdowali się daleko od nauczyciela i mieli oko na cała klasę. Mogli swobodnie nabijać się z Pottera, tak, że nauczyciel tego nie słyszał.
- Witajcie, moi drodzy, witajcie! - Nowy nauczyciel eliksirów stał teraz na środku klasy rozglądając się z zadowoleniem po twarzach zgromadzonych. Fioletowy surdut, który miał na sobie opinał z ledwością jego wielki brzuch, który przy każdym ruchu wzdymał się jeszcze bardziej, na co guziki trzeszczały niebezpiecznie, jakby za chwilę miały zacząć strzelać po całej klasie. - Jestem profesor Horacy Slughorn i na prośbę waszego dyrektora obejmę w tym roku stanowisko nauczyciela eliksirów. Niektórzy z was mięli już sposobność poznać mnie w pociągu, gdzie z paroma uczniami pogawędziłem sobie o tym i owym. - Rzucił krótkie spojrzenie, w stronę stolika, przy którym siedział Potter i cicho zachichotał.
* - A więc, moi drodzy, a więc - powiedział Slughorn, którego masywna sylwetka majaczyła w oparach - wyjmijcie teraz swoje wagi, zestawy ingrediencji i nie zapomnijcie o waszych egzemplarzach Eliksirów dla zaawansowanych...
- Proszę pana! - Potter podniósł rękę.
- O co chodzi, mój chłopcze?
- Nie mam ani podręcznika, ani wagi, w ogóle niczego... Ron też... Nie wiedzieliśmy, że będziemy mogli zaliczać owutemy...
- Ach tak, profesor McGonagall mi wspominała... Nie martw się, drogi chłopcze, niczym się nie przejmuj. Dzisiaj możecie brać ingrediencje z naszego podręcznego magazynku, jakieś wagi też się znajdą, no i mamy tu zapasik starych książek, to wam na pewno wystarczy, zanim napiszecie do Esów i Floresów... *
- Żałosne - szepnął do niej Malfoy patrząc z obrzydzeniem na tę scenę. Mogli się tego spodziewać. Kolejny nauczyciel wpatrzony w Pottera, a na dodatek pupilek Dumbledore'a. Slughorn zadał im do zrobienia jakiś wyjątkowo nudny eliksir. Jennifer od niechcenia otworzyła książkę i zaczęła przyrządzać go według wskazówek. Czterdzieści minut później jej i tak już parszywy nastrój pogorszyło jeszcze to, że całkowicie jej nie wyszedł. Popatrzyła ze złością na Granger, którą ocierając pot z czoła wyprostowała się nad kociołkiem z zadowoloną miną. W środku znajdował się jasnofioletowy płyn, taki, który był na zdjęciu w książce, podpisany jako wynik końcowy eliksiru, który mieli otrzymać. Jennifer popatrzyła smętnie w swój kociołek, w którym bulgotała się leniwie jakaś wyjątkowo gęsta, zielona substancja. Slughorn przechadzał się powoli po klasie i ledwo zaszczycając spojrzeniem wynik jej pracy podszedł, do stolika, przy którym siedziała trójka Gryffonów zachwalając głośno efekty ich pracy.
Jennifer zatrzasnęła ze złością książkę i wyszperała z torby kawałek pergaminu.

Jeszcze chwila i naprawdę się porzygam. Co on widzi w tym idiocie i obrzydliwej szlamie? Aż się żyć odechciewa.

Zwinęła karteczkę i rzuciła w stronę Malfoya, który rozwinął ją i razem z Zabinim pochylił się, by przeczytać. Gdy skończyli obydwoje podnieśli głowy i pokiwali ochoczo głowami. W tej samej chwili rozległ się dzwonek i w klasie zapanował rozgardiasz. Trójka Ślizgonów ruszyła pierwsza do wyjścia i gdy byli już na korytarzu podążyli w stronę męskiej łazienki z drepczącą im po pietach Parkinson. Weszli we trójkę do jednej kabiny.
- Hej Draco, zaczekaj - Pansy złapała za klamkę - musze z tobą...
- Daj mu spokój! Później pogadacie - Jennifer szarpnęła ze złością drzwi i przekręciła zamek, by nikt nie mógł wejść do środka.
- Nieźle - Malfoy pokiwał głową z uznaniem sięgając po paczkę fajek.
- No dobra - rzucił blondyn, gdy już cała trójka podpaliła sobie papierosy - to masz dziś okres tak?
- Że co?
- Nie udawaj, że nie wiesz, o co chodzi. Od rana warczysz i łazisz wkurwiona na cały świat. Więc pytam, co jest?
- Nic! A co ma być? Zresztą, daj mi spokój! - Rzuciła łypiąc groźnie na Malfoya, który umilkł, widocznie nie chcąc zadzierać z nią w tej chwili. Przeczuwał, że skończy się to kłótnią i wolał tego uniknąć.
- To co teraz mamy?
- Obronę przed ciemnymi mocami. W tym roku ze Snape'm. W końcu ktoś się za to porządnie weźmie - odparł Blaise wrzucając niedopałek do sedesu. Malfoy i Jennifer zrobili to samo i cała trójka powlokła się do klasy.

*

- Jennifer, najdroższa moja! Z nieba mi spadłaś! - Głośny okrzyk Malfoya w pokoju wspólnym wywołał na twarzy Embers wyraźną dezaprobatę. Siedzieli razem z Blaisem przy stoliku zawalonym najróżniejszymi księgami i zwojami pergaminów, próbując uporać się zadanymi już pierwszego dnia pracami domowymi.
- Co ty tu robisz? Czyżbyś miał zamiar wsiąść się za odrabianie lekcji? - Jennifer spojrzała z wyraźnym zainteresowaniem na Dracona, który przysunął krzesło i dosiadł się do nich. - Myślałam, że właśnie zabawiasz się w dormitorium z Susan Stevens z piątego roku.
- Eee, no... - Malfoy spojrzał niepewnie w kierunku swojej sypialni - właściwie przyszedłem żeby zapytać, czy nie pomogłabyś mi z tym wypracowaniem z zaklęć, bo widzisz...
- A co rozumiesz przez słowo "pomoc"?
- No pomyślałem sobie, że... Jeśli oczywiście nie miałabyś nic do roboty...
- No wykrztuś to z siebie!
- Noo, miałem nadzieję, że po prostu... No wiesz... - Malfoy zaczął bawić się rąbkiem swojej szaty z niecierpliwością czekając na odpowiedz.
- Że napiszę to za ciebie tak?
- Eee, no tak - przytaknął, zerkając co chwilę w stronę swojego dormitorium.
- Aha. Rozumiem. Ona czeka na ciebie w twoim pokoju, więc chcesz żeby odrobić za ciebie wypracowanie, tak?
- No tak, ale oczywiście odwdzięczę się...
- Wykluczone! - Przerwała mu stanowczo przyciągając do siebie pergamin i powracając do niedawno przerwanej pracy.
- Ale Jenny! - Malfoy zerwał się z krzesła i ukląkł przed dziewczyną - zrób to dla mnie ten ostatni raz, proszę - złożył ręce jak do modlitwy i wbił w nią błagalne oczęta.
- Nic z tego - odparła sucho nie zaszczycając go nawet spojrzeniem.
- Przecież ty i tak nie masz nic lepszego do roboty, mogłabyś...
- A skąd możesz wiedzieć, co mam do roboty?! - Jennifer popatrzyła na niego ze złością. - Myślisz, że jestem twoją służącą?! Ja mam pisać za ciebie wypracowania, podczas gdy ty rżniesz do upadłego każdą pustą idiotkę, która wpakuje ci się do łóżka, tak?!
- Eee Draco... - Cała trójka odwróciła się w kierunku jasnowłosej dziewczyny stojącej za plecami Malfoya.
- Ja chyba jednak już pójdę...
- Susan zostań, zaczekaj w moim dormitorium. Ja zaraz do ciebie wracam, muszę tu tylko...
- Nic nie musisz, możesz już iść i spokojnie sobie poużywać!
Dziewczyna spojrzała na Jennifer oczami zranionej pięciolatki i wybiegła z pokoju wspólnego.
- No i świetnie! - Malfoy ze złością usiadł na krześle. - Po prostu zajebiście! Zadowolona?! - Popatrzył na Embers, która udawała, że go nie widzi i wbiła wzrok w stronnicę "Eliksirów dla zaawansowanych" .
- Co, nic nie odpowiesz?!
Blaise spoglądał to na jedno to na drugie nie wiedząc czy ma się odezwać.
- To ja może pójdę zobaczyć...
- Siedź! - Przerwał mu Malfoy i ponownie zwrócił się do Jennifer - Musiałaś się wydzierać na cały pokój?! I co to w ogóle za głupie teksty o jakichś pustych laskach? Usłyszała to i zwiała przez ciebie - odparł waląc pięścią w stolik, na co stos podręczników zatrząsł się niebezpiecznie.
- No nie, tego już za wiele! - Jennifer odłożyła z hukiem "Eliksiry dla zaawansowanych" i rzuciła mu gniewne spojrzenie. - Więc to moja wina, tak?!
- A niby czyja?! Już ją miałem w garści a ty musiałaś ją spłoszyć!
- Spłoszyć?! A to jakaś zwierzyna do jasnej cholery?!
- Nie udawaj, że nie wiesz, o co mi chodzi!
Zabini odsunął się nieznacznie widząc jak Jennifer wstaje i zakłada ręce na biodra. Czuł, że nadchodzi wybuch.
- Już ja wiem doskonale, co ci chodzi po głowie! Ty się będziesz zabawiać, a ja mam za ciebie harować dwa razy tyle, tak?!
- Nie przesadzaj! Chciałem, żebyś napisała jedno głupie wypracowanie!
- Jedno głupie wypracowanie, jedno głupie wypracowanie! - Powtarzała patrząc na niego oczami wariata. - Sam je sobie napisz ty durny tępaku! Mam ważniejsze rzeczy na głowie, niż odrabianie za ciebie lekcji!
Teraz oprócz Blaise’a kłótni przysłuchiwała się już większość pokoju wspólnego. Wszyscy umilkli, słychać było tylko ostrą wymianę zdań pomiędzy Malfoyem i Embers.
Malfoy również wstał.
- A co ty możesz mieć do roboty, co?! Nie masz chłopaka, nawet z nikim się nie spotykasz! Może brak ci seksu, co?
Jennifer wyszła zza stolika i podeszła do Malfoya. Musiała ostro zadrzeć głowę, bo przy swoim wzroście stu sześćdziesięciu dwóch centymetrów, przy jego słusznych stu dziewięćdziesięciu czterech sięgała Malfoyowi zaledwie do połowy ramion. Blondyn odsunął się nieznacznie widząc zezłoszczoną do granic możliwości twarz Ślizgonki. Jej oczy zdawały się niemalże buchać iskrami.
- Coś ty powiedział?!
- To, że może brakuje ci SEKSU - wyrzucił ze złością kładąc nacisk na ostatnie słowo - i może gdyby cię w końcu ktoś przeleciał nie byłabyś zazdrosna o to, ze wszyscy oprócz ciebie TO robią!
W oczach Jennifer zaszkliły się łzy. Łzy złości. Jak on mógł coś takiego powiedzieć? I to przy wszystkich. Zdążyła tylko usłyszeć wybuch śmiechu w pokoju wspólnym. Nie zastanawiając się wiele, podniosła do góry rękę. Chciała mu wymierzyć policzek, ale ścisnęła dłoń w pieść i z całej siły ugodziła nią w twarz Malfoya. Odwróciła się na pięcie i pobiegła do swojego dormitorium zatrzaskując za sobą drzwi z taką mocą, że Blaise’owi wydawało się, jakby zatrzęsła się pod nimi podłoga. Spojrzał na Malfoya, który trzymał się teraz za nos, próbując zatamować lejącą się z niego krew.
- Co w nią wstąpiło do cholery? - Mruknął do Blaise’a. - A wy czego się lampicie, sępy?! Przedstawienie skończone! - Ryknął do tłumu i opadł na krzesło. Po chwili wszyscy wrócili do wcześniej przerwanych zajęć.
- Przesadziłeś - odparł Blaise wyjmując z kieszeni chusteczkę i podając ją Malfoyowi.
- Dzięki - przytknął ją sobie do nosa. - Ja przesadziłem? To ona zachowuje się jak dziewica na wydaniu. To takie dziwne, że poprosiłem ją o pomoc? Przecież jest cholernie dobra z zaklęć.
- Ale nie musiałeś krzyczeć na cały pokój, ze brak jej seksu - Zabini z dezaprobatą potrząsnął głową - ona ci tego nie daruje - popatrzył na Malfoya współczująco.
- Daj spokój - rzucił blondyn - przejdzie jej. W końcu nie raz już się kłóciliśmy. - Odpowiedział siląc się na obojętny ton. W rzeczywistości poczuł się niepewnie. Przecież Zabini chyba nie mówi poważnie. Jennifer nigdy długo się na niego nie złościła. No i w końcu to ona mu przywaliła. Też mógł się zezłościć..
- Blaise, nie ma co przeżywać. Pogniewa się trochę i później sama przyjdzie w łachę - odparł już trochę pewniej.
- Nie sądzę - rzekł sceptycznie Zabini. - Pamiętasz, jak w zeszłym roku powiedziałem, że moja babcia szybciej by wypatrzyła znicza na boisku niż ona? No wiesz, byłem wtedy zły i w ogóle, bo przegraliśmy mecz z Gryfonami. Później ją przeprosiłem, ale i tak nie odzywała się do mnie prawie miesiąc. Mówię ci stary, ona jest pamiętliwa. - Zabini klepnął go lekko w plecy i zabrał się za pisanie wypracowania na transmutację.
Malfoy siedział bez ruchu przyglądając się drzwiom do dormitorium Jennifer. - Bredzenie - pomyślał - prędzej czy później sama mnie przeprosi. A zresztą, kto by się tam przejmował fochami dziewczyny.
Wziął pergamin i sam zaczął pisać pracę na zaklęcia, bądź, co bądź pierwszy raz zrobił to całkowicie samodzielnie.





* Fragment pochodzi z książki Harry Potter i Książe Półkrwi (Zmieniłam jednak jeden wyraz - Harry na Potter , dla potrzeb opowiadania).
komentarze [6]
Rozdział: II. Początek
środa, 30 lipica 2008, 18:50:22

~*~

Wysoki młodzieniec szedł zatłoczonym peronem rozglądając się uważnie dookoła po wszystkich twarzach. Uczniowie Hogwartu żegnali się ze swoimi rodzicami, a witali z kolegami i koleżankami, których nie widzieli przez całe wakacje. Wszyscy śmiali się do siebie, wymieniali wrażenia, podziwiali nowe stroje i fryzury przyjaciół. On zaś przyjaciół nie miał. Szukał wzrokiem dwójki Ślizgonów. Od zeszłego roku trzymali się razem. Ale nie można tego było raczej nazwać przyjaźnią. Po prostu mieli podobne poglądy i zdanie na pewne tematy. Przyjaźń - oni tego nie uznawali. Chociaż ciemnowłosy chłopak musiał przyznać, że Malfoy ostatnio bardzo mu pomógł. Mieszkał u niego jakiś czas, po niedawnej śmierci swojej matki. Została zamordowana przez aurorów. Blaise zacisnął mocno pięści, na samo wspomnienie tego wydarzenia czuł pulsujący w skroniach gniew, który jakby tylko czekał, żeby wybuchnąć. Ponownie się rozejrzał, ale nie widział nigdzie platynowej czupryny, ani ciemnobrązowych długich włosów.
Przybył na peron razem z Malfoyem, ale ten rozmawiał jeszcze z rodzicami. Miał go za chwilę dogonić i gdzieś zniknął.
- Gdzie oni są do diabła?! - Zaklął pod nosem najeżdżając sobie kufrem na stopę. - Cholera! - Rzucił zezłoszczony dając kufrowi kopniaka, co tylko pogorszyło żałosną sytuację dużego palca u jego prawej stopy.
- Ej, Zabini, chyba potrzebujesz pomocy, co? - Usłyszał szyderczy głos. Nie musiał podnosić wzroku, od razu rozpoznał, do kogo należy.
- W końcu się znalazłaś. Szukam was od paru minut.
- Nie wiedziałam, że się tak stęskniłeś, kochasiu. A Malfoy już idzie, tam jest - wskazała palcem za jego plecy. Chłopak odwrócił się i zobaczył wysokiego blondyna kroczącego dumnie przez peron. Jedną ręką ciągnął za sobą ciężki kufer, w drugiej trzymał klatkę z białobrązową sową. Podszedł do nich rzucając krótkie spojrzenie na Jennifer.
- Tyłek ci chyba urósł mała - zakpił patrząc poniżej jej pasa, na co dziewczyna dała mu lekkiego kuksańca w żebra.
- Mi przynajmniej coś rośnie, Malfoy - odparła z ironią spoglądając blondynowi miedzy nogi.
- Jeszcze się policzymy - powiedział Dracon z nikłym uśmiechem podając jej klatkę z sową - potrzymaj chwilę, muszę poszukać fajek.
- No patrzcie, a gadałeś mi cały rok, że mam rzucić to mugolskie gówno.
- Och, daj spokój, to przez ciebie zacząłem. Gdybyś nie dymiła gdzie popadnie nawet bym nie pomyślał, żeby zacząć palić. Poza tym człowiek ma dużo stresów. Musi jakoś odreagować.
- Dobra, przestań filozofować, zapalimy i spadamy poszukać wolnego przedziału, bo jak zwykle szlamy rozproszą się po całym pociągu.
Cała trójka podpaliła papierosy i stali tak chwilę w milczeniu, delektując się ich smakiem.
- Patrzcie, kogo my tu mamy... - Zabini spojrzał w kierunku wejścia do pociągu, do którego zmierzała właśnie trójka Gryffonów z Potterem na czele.
- Oo, a za nimi mała wiewióra - rzucił Malfoy ze śmiechem, patrząc jak dogania ich młoda Weasley'ówna.
- W liście wspominałeś coś o jakimś zadaniu... - Jennifer popatrzyła na Malfoya siląc się na obojętny ton. W rzeczywistości od razu było widać, że jest zainteresowana, co też blondyn na to powie i, że czekała na sprzyjający moment by zacząć rozmowę.
- To ścisła tajemnica, nie mogę tego tak rozpowiadać.
- Co? Przecież napisałeś...
- No dobra, żartuję, ale tutaj jest za dużo ludzi. Pogadamy w przedziale. - Malfoy kiwnął głową w stronę pociągu wyrzucając niedopałek na ziemię. Dwójka Ślizgonów zrobiła to samo i ruszyli za nim dźwigając ciężkie kufry. W końcu wtaszczyli rzeczy na półki bagażowe, a Dracon wypuścił sowę, by mogła swobodnie latać po przedziale. Ta jednak usadowiła się na szczycie kufra i zajęła się poranną toaletą. Żadne z nich nie zdążyło jeszcze usiąść, gdy drzwi otworzyły się i pojawiła się w nich Pansy Parkinson w towarzystwie Crabbe'a i Goyle'a.
- Draco! Znalazłam cię wreszcie, musimy iść do przedziału dla prefektów.
Blondyn klepnął się dłonią w czoło.
- Byłbym zapomniał. Niedługo wracam - rzucił w stronę Jennifer i Blaisa wychodząc na zewnątrz za Pansy. Crabbe i Goyle stali chwilę w wejściu jakby zastanawiając się czy usiąść czy nie.
- Wchodzicie czy stoicie, bo chcemy zamykać? - Jennifer nie czekając na ich odpowiedź wstała i podeszła do drzwi. - Mamy z Zabinim trochę do obgadania, to na razie! - Zatrzasnęła im je przed nosem i usiadła na swoim miejscu obserwowana przez Blaise’a.
- Mówiłem ci już kiedyś, ze masz nie po kolei Embers?
- Możliwe, a bo co? - Odparła i obydwoje parsknęli śmiechem. Blaise zaczął bawić się swoją różdżką, a Jennifer wyjęła z kufra Proroka Codziennego, którego zawinęła rano ze stołu w jadalni. Beznamiętnie patrzyła na coraz to więcej artykułów o czyimś zaginięciu, bądź śmierci. Ostatnio stało się to nader powszechnym zjawiskiem. Kartkowała gazetę nie znajdując nic godnego uwagi, gdy na ostatnich stronnicach zauważyła tekst napisany drobnym druczkiem na samym dole.

22 lipca w godzinach wieczornych aurorzy schwytali Cythię Margaret Zabini (lat 41) w małej miejscowości, w południowej Anglii podczas wykonywania nielegalnych działań na rzecz Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Ze względu na stawianie oporu przez zatrzymaną musieli podjąć walkę, w efekcie czego doszło do śmierci pani Zabini. Została ona trafiona śmiertelnym zaklęciem przez jednego z aurorów przy próbie ucieczki. Ministerstwo Magii wnikliwym śledztwem ustaliło, że pani Cyntia Zabini od lat była Śmierciożerczynią. Więcej na temat działań Ministerstwa na stronach 9 i 1o...
K.L.


Jennifer spojrzała na Blaise’a. Nieźle się trzymał, a przynajmniej nie dawał po sobie poznać, że wpłynęła na niego strata jednego z rodziców.
- Więc jak z tym Potterem?
- Co? - Zabini przerwał zabawę różdżką i spojrzał ze zdziwieniem na dziewczynę - a co ma być?
- Słyszałam, że chcesz go zabić.
- A, o to chodzi. To już od dawna. A ty nie chcesz?
- No jasne! A tak na poważnie, mam niezłą książkę, która pozwoli nam bardziej zbliżyć się do tego celu. I mówię to całkiem serio.
- Jaką książkę?
- Najgroźniejsze eliksiry dla zaawansowanych, nie wiem jakoś tak to się nazywa. Pokażę wam jak dojedziemy do szkoły.
- Nie masz dość eliksirów w szkole, musisz jeszcze o tym czytać na co dzień? Zawsze mówiłem, że jesteś trochę walnięta - Blaise pokiwał głową z dezaprobatą, na co oberwał w nos egzemplarzem Proroka Codziennego.
- Teraz to już naprawdę ci się poprzewracało w głowie.
- Ja ci zaraz pokażę! - Jennifer rzuciła mu się na kolana i z całej siły przywaliła mu pięścią między nogi.
- Kurwa! Oszalałaś dziewczyno?! - Zabini zerwał się na nogi zrzucając ją z kolan, po czym skulił się w kłębek wyjąc z bólu.
- Sorry, nie chciałam tak mocno - zachichotała podnosząc się z podłogi. Pochyliła się by otrzepać nogi z kurzu, na co Blaise klepnął ją w tyłek tak mocno, że aż się zachwiała. Uśmiechnął się z satysfakcją widząc jej zezłoszczoną minę. Wiedział, że tego nienawidziła.
- A tak nawiasem mówiąc - rzucił mimochodem dalej patrząc jak dziewczyna dyszy ze złością - Malfoy miał rację. Naprawdę masz spory ten tyłek.
- Idiota - syknęła, nie chcąc rozpoczynać wojny. Mogliby tak dogryzać sobie bez końca. Postanowiła zastosować trochę inny chwyt, który wychodził jej o wiele lepiej niż walka fair.
Nagle na jej twarzy zamiast gniewu pojawił się lekki uśmiech. Podeszła do Blaise’a i zgrabnie usiadła mu na kolana oblizując wargi. Chłopak przełknął głośno ślinę patrząc jak jej ręka wędruje do jego rozporka. Jennifer powoli go rozpięła wsuwając mu dłoń pod spodnie. Zabini wstrzymał oddech czując dotyk dziewczyny na swojej męskości, która w zawrotnym tempie zaczęła rosnąc i prężyć się, co wywołało na jej twarzy pełen satysfakcji uśmiech.
- Blaise - rzekła ściszonym głosem - lepiej zajmijmy się czymś pożyteczniejszym niż głupimi kłótniami, nie uważasz? - Zamruczała kusząco przesadnie przedłużając wyrazy. Ponownie oblizała usta powoli zbliżając je do karku chłopaka.
- To jak będzie? - Szepnęła zatapiając wargi w jego szyi, na co Zabini wydał z siebie cichy jęk. Jego oddech przyśpieszył czując coraz szybsze ruchy jej ręki, która od dłuższej chwili błądziła w jego spodniach. Przymknął oczy oddając się rozkosznym pieszczotom Ślizgonki, gdy nagle...
- Aaaa! O rzesz kurwa!
- Ups... Przepraszam Zabini, niechcący jakoś tak ścisnęłam - zachichotała wstając z jego kolan i sadowiąc się z powrotem na swoim miejscu.
- Celowo to zrobiłaś jędzo! - Ryknął masując swoje obolałe krocze. - Jesteś najbardziej wredną dziewuchą, jaką znam!
- Och, przecież to nie było specjalnie. Po prostu się zapomniałam - odparła dalej szeroko się uśmiechając na widok zbolałej miny Blaise’a.
- Nie daruję ci tego!
Jennifer już miała mu coś odpowiedzieć, ale drzwi przedziału otworzyły się i do środka wszedł Malfoy w towarzystwie Pansy Parkinson uwieszonej na jego ramieniu.
- Opadł na siedzenie z ciężkim westchnięciem. Pansy natychmiast rozsiadła się obok niego, nie zwracając najmniejszej uwagi na Zabiniego i Embers.
- Mogę ci zrobić masaż, jeśli jesteś zmęczony Draco - rzuciła zachęcająco rozcierając dłonie, na co Jennifer parsknęła głośnym śmiechem, a Blaise tylko zachichotał powracając do zabawy swoją różdżką.
- Na to będzie jeszcze czas, nie rozpędzaj się tak. Na razie odpoczywam - blondyn wyciągnął nogi rozkładając się wygodnie. Reszta podróży minęła im na ciągłym paplaniu Pansy o tym, co też będzie robić z Malfoyem, gdy już zostaną sami. Na krótko przed dojazdem do Hogwartu w pociągu jak zwykle zapanowało zamieszanie i chaos. Każdy przebierał się w szkolne szaty, biegał po przedziałach szukając swoich rzeczy i przekrzykując się nawzajem. Czwórka Ślizgonów również zmieniła ubranie na szkolny strój.
- Pomogę ci! - Krzyknęła Pansy próbując siłą wciągnąć Malfoyowi szatę przez głowę.
- Dam sobie radę, puść mnie - blondyn odepchnął lekko dziewczynę na siedzenie i w końcu ubrał się jak należy. Usiadł pozwalając Pansy usadowić się na swoich kolanach, kładąc ostentacyjnie rękę na jej pupie. Jennifer patrzyła na tą scenę spod oka śmiejąc się w duchu z naiwności dziewczyny. Wiedziała już, co będzie wieczorem. Draco jak zwykle skorzysta z wieczornego towarzystwa Parkinson w swoim dormitorium. Głupia dziewucha. Zawsze do niego przychodzi, kiedy on tylko zechce. A jak nie ma humoru to wyrzuca ją za drzwi. Draco puścił oko do Blaise’a, który również przyglądał się tej scenie z dezaprobatą. Wiedział, po co Malfoy to robi. Nie mieszał się jednak do jego spraw, to nie jego interes, niech sobie sypia z kim chce. On nie był głupi, nie raz widział różne dziewczyny wychodzące z dormitorium blondyna nad ranem, albo późną nocą. Ale jakoś nie widział siebie w takiej roli. Wolał to robić z kimś, kto nie chce z nim spać tylko dlatego, że jest czystej krwi. Nie był prawiczkiem, miał w swoim życiu parę doświadczeń z dziewczynami, ale uważał, że nie znaczy to, że ma sypiać z pierwszą lepszą.
- Chyba już dojeżdżamy - rzuciła do nich Jennifer wyglądając za okno. W pociągu słychać było otwieranie drzwi przedziałów, panowało ogólne zamieszanie. W końcu ekspres Londyn-Hogwart zatrzymał się na stacji Hogsmeade. Uczniowie zaczęli wysypywać się na zewnątrz i zajmować miejsca w powozach zaprzężonych do testrali. Malfoy zostawił klatkę w pociągu i kroczył dumnie ze swoją sową na ramieniu. Przeszedł kawałek i kazał jej polecieć do sowiarni, sam zaś zajął miejsce w powozie obok niemalże przyklejonej do niego Pansy. Jennifer delikatnie mówiąc jej nie lubiła i gdy tylko pojawiała się ona na horyzoncie akurat przypominała sobie o jakimś zajęciu i znikała na dłuższy czas. Teraz niestety musiała dojechać do Hogwartu w jednym powozie ze śliniącą się do Malfoya Parkinson. I tak wytrzymała całą podróż w jednym przedziale, z tą, tą... dziewuchą. Nie mogła zrozumieć, dlaczego Draco w ogóle chce na nią spojrzeć. Mógłby mieć prawie każdą dziewczynę, a sypia z taką kretynką.
- Musi być dobra w łóżku - podsumowała w myślach Jennifer odwracając wzrok od Parkinson składającej na policzkach blondyna wyjątkowe mokre pocałunki. Przyprawiało ją to o wymioty, więc wolała nie ryzykować i zrezygnowała z "podziwiania" tej jakże interesującej sceny. Malfoy też był już wyraźnie rozdrażniony nadmiernymi czułościami Ślizgonki, bo odepchnął ją od siebie i zaczął z Zabinim rozmowę o quidditchu. Pansy przysłuchiwała się z fascynacją słowom Malfoya, choć i tak nie bardzo rozumiała, na czym do końca polega ta gra.
- Jesteśmy wreszcie - Jennifer przerwała im wywody na temat nowych strategii gry, wskazując na okno.
Rozciągał się przed nimi widok zamku, w ciemnościach błyszczała tafla jeziora. Dopiero teraz zauważyli, że zerwał się wiatr i zaczął padać deszcz. Na jeziorze wezbrały wysokie fale, na co Jennifer pomyślała współczująco o pierwszoroczniakach, którzy za chwilę będą musieli je przepłynąć. Powozy zatrzymały się przed bramą zamku i uczniowie pośpiesznie ruszyli w stronę Hogwartu brodząc w kałużach i błocie. Na niebie pojawiły się pioruny, które co jakiś czas oświetlały im drogę, którą przez tę ulewę ledwo widzieli. Dotarli w końcu do sali wejściowej i po dokładnym sprawdzeniu przez Filcha mogli udać się do Wielkiej Sali, której sufit wyglądał równie ponuro jak niebo za oknem i tak samo połyskiwał piorunami. Jennifer ruszyła dziarsko do stołu Ślizgonów, słysząc coraz głośniejsze burczenie w brzuchu, a za nią podążyli Blaise i Malfoy, którego nawet na krok nie odstępowała Parkinson. Embers z niecierpliwością czekała na pojawienie się na stole posiłków, marzyła teraz tylko o tym, by najeść się do syta i położyć w ciepłym łóżku z czterema kolumienkami. Na całe szczęście Dumbledore nie zrobił długiego przemówienia. Odbyła się Ceremonia Przydziału i rozpoczęła się uczta. Jennifer aż rozbłysły oczy na widok wszystkich smakołyków, pod których ciężarem uginały się teraz stoły Wielkiej Sali. Nałożyła na talerz po trochu wszystkiego, co miała pod ręką i ochoczo zabrała się za ten niemały stosik.
- Smacznego, tylko uważaj, żeby się nie udławić - Blaise zachichotał na widok szybkości, z jaką Jennifer pokonywała widelcem drogę z talerza do ust.
- Szpa-daj - wymamrotała z pełną buzią nie przerywając swojego zajęcia. Po kolacji Malfoy z Parkinson poszli zaprowadzić pierwszaków do Pokoju Wspólnego. Jennifer i Zabini również ruszyli w stronę lochów.
- Coś czuję, że jutro czeka nas ciężki dzień. Nie dość, że początek lekcji, to jeszcze trzeba będzie trochę pomóc Malfoyowi z tym zadaniem...
- No właśnie! Może ty mi w końcu łaskawie powiesz, co to za zadanie - Jennifer spojrzała z wyrzutem na Blaise’a - ten debil jakoś nie szczególnie się kwapi, żeby mnie o czymkolwiek poinformować! - Popatrzyła przed siebie, gdzie ponad tłumem spanikowanych pierwszaków wystawała głową z czupryną platynowych włosów.
- Z chęcią bym ci powiedział, ale myślę, że Malfoy nie przepuści okazji, by sam się tym przed tobą pochwalić. Na pewno jutro ci powie, dziś przy Parkinson nie mógł przecież swobodnie gadać.
- Świetnie! - Jennifer przyśpieszyła kroku, tak, że Blaise musiał podbiec, żeby ją dogonić. - Jak zwykle ja muszę się dowiadywać o wszystkim ostatnia!
- Przestań stroić fochy i na mnie warczeć. Przecież jeden dzień cię nie zbawi. A może nawet jeszcze dziś w pokoju wspólnym o tym pogadamy, jak wszyscy pójdą spać.
- Jasne! Jakbyś nie zauważył Malfoy ma już zajęcie na dzisiejszy wieczór - warknęła wskazując przed siebie. Blaise spojrzał tak akurat w tym samym momencie, w którym Pansy usilnie próbowała zanurzyć język w uchu blondyna.
- Eee, no zdaje się, że masz rację. Ale nie ma się co denerwować. Też się powinnaś zabawić. Odstresowałabyś się trochę zamiast wrzeszczeć na wszystkich dookoła.
Jennifer prychnęła ze złością.
- Powinnaś się zabawić? A co to za rady. Może z tobą, co? Masz chęć? - Popatrzyła na niego błyszczącymi ze zdenerwowania oczami.
- Yy, no... - Zawahał się przez chwilę. - Dobra, wchodzę w to! To u mnie czy u ciebie? - Popatrzył z uśmiechem na Jennifer, która podniosła do góry jedną brew.
- Chyba nie sądziłeś, że mówię poważnie - odparła kręcąc z niedowierzaniem głową.
- A niby dlaczego nie? No dawaj, Embers! Może być fajnie!
- Przykro mi, Zabini. Nie gustuję w panienkach - rzuciła, ponownie przyśpieszając kroku i przekraczając próg pokoju wspólnego za tłumem pierwszoroczniaków.
- Hej, zaraz! - Blaise dogonił ją tuż przed jej dormitorium. - A co to ma niby znaczyć, co?
- No jak to co? Po prostu nie sypiam z kobietami.
- Osz, ty wredna, przebiegła...
- No to pa, Zabini - dziewczyna uśmiechnęła się słodko i zamknęła mu drzwi przed nosem.
- Jeszcze jej kiedyś pokażę! - Blaise odwrócił się na pięcie i ruszył zezłoszczony do swojej sypialni.
komentarze [2]
Rozdział: I. "Firmness quietus".
środa, 30 lipica 2008, 00:18:33

~*~

- Śpi jak zabita, chyba nie warto jeszcze jej budzić. Może przyjdziemy później? - Usłyszała cichy szept w swoim pokoju. Rozpoznała głos macochy i postanowiła nie otwierać oczu.
- Śniadanie jest na stole, obudź ją i zejdźcie obydwie na dół. Nie będzie się przecież wylegiwała do południa - tym razem był to stanowczy, męski głos. Ojciec Jennifer wyszedł z pomieszczenia zostawiając kobiety same. Dziewczyna mocniej zacisnęła powieki w nadziei, że może jej macocha jednak zdecyduje się odejść. Po chwili poczuła czyjąś rękę na ramieniu i wiedziała już, że nie ma co liczyć na szczęście. Otworzyła powoli oczy odgrywając brawurowo scenę przebudzenia się.
- Twój ojciec czeka na nas w jadalni, ubierz się szybko, bo mamy z tobą coś do omówienia.
- Dobrze - odparła sucho wywlekając się z pościeli. Ruszyła do łazienki nie oglądając się za siebie. Wiedziała, że jej macocha i tak nie opuści pokoju, dopóki Jennifer nie zejdzie razem z nią.
Szybko obmyła twarz trąc zapuchnięte oczy. Tej nocy źle spała. Budziła się co chwilę i nasłuchiwała czy już wrócili. Wstydziła się tego nawet przed sobą, ale bała się spędzać noce sama w domu. No może nie całkowicie sama, bo poza nią na dole były jeszcze dwa skrzaty domowe. Wolała jednak, gdy wracali. Nie chciała, by ojciec zginął na jakiejś misji tak jak jej matka. Teraz, gdy dowiedziała się od Dracona o śmierci matki Zabiniego jeszcze bardziej męczyła ją myśl, że ponownie może stracić kogoś bliskiego. Nie chodziło jej o macochę. Jej los był dla niej obojętny. W końcu ta kobieta wkradła się szturmem w ich życie, burząc panujący w nim spokój i na siłę próbując zając miejsce jej matki. Z ojcem też nigdy nie miała dobrego kontaktu, ale w końcu byli rodziną. Nie chciała stracić obojga rodziców i iść do sierocińca. Już wolała mieszkać tu z tą dwójką niż zostać całkowicie sama.
Zaczęła rozczesywać długie, splątane włosy. Patrzyła w lustro. Lubiła swoje odbicie. Z każdym dniem wydawało jej się, że jest coraz bardziej podobna do matki. Chciała jak najbardziej ją przypominać. Kto znał Lucille Embers teraz spoglądając na jej córkę nie mógłby nie zauważyć niesamowitego podobieństwa pomiędzy nimi. Takie same szarobłękitne oczy, długie kasztanowe włosy, taka sama blada cera. W głębi ducha bardzo odczuwała jej nieobecność. Pomyślała, że może i ojciec zauważy to pewnego dnia i w końcu zrozumie jak wielką krzywdę wyrządza swojej córce i zmarłej żonie. Przecież nie może być z inną kobietą. Nie mógł w tak krótkim czasie zapomnieć osoby, z którą przeżył tyle lat, dochował się jedynego, ukochanego dziecka. Ona musi zrobić wszystko, by to zmienić. Ułoży się tak jak tego chce, tak jak być powinno. I wtedy będą szczęśliwi, odzyska ojca, Czarny Pan zwycięży, a Potter i cała reszta jego bandy będą ginąć w okrutnych męczarniach. I wtedy będzie dobrze. Wierzyła w to.
- Może się jednak pośpieszysz?! Wiesz, że twój ojciec nie lubi czekać! - Usłyszała krzyk swojej macochy z pokoju. Bez słowa weszła do sypialni i zaczęła przetrząsać szafę w poszukiwaniu jakiegoś ubrania. Narzuciła pierwszą lepszą bluzkę i wytarte spodnie. Jej macocha tylko zacmokała z dezaprobatą. Sama zawsze wyglądała bardzo elegancko. Wyszukane szaty z błyszczącymi elementami, doskonale dobrane dodatki, włosy nienagannie ułożone. Jennifer jednak się tym nie przejmowała. Już dawno przywykła do wypowiadanych pod nosem, ciągłych uwag swojej macochy.
- Możemy już iść - uśmiechnęła się słodko i ruszyła pierwsza do drzwi.
Przy stole czekał już na nie ojciec Jennifer czytając najnowszy numer Proroka Codziennego.
- Jesteście wreszcie - ledwo zerknął na nie znad gazety - siadajcie. Jennifer zjedz najpierw coś, a potem musimy porozmawiać.
- Czy coś się stało, ojcze?
- Powiedziałem potem - rzucił oschle, po czym ponownie pogrążył się w lekturze. Jennifer czuła jakieś narastające napięcie pomiędzy jej ojcem, a macochą. On starał się zachować stoicki spokój, ona natomiast, co chwilę rzucała w jego stronę nerwowe spojrzenia. Jennifer grzebała smętnie widelcem w swojej jajecznicy, czekając, kiedy ojciec odłoży gazetę. Nie miała apetytu, więc zrezygnowała w końcu z jedzenia odsuwając od siebie talerz. Pan Embers jak na komendę złożył gazetę i splótł dłonie kładąc je na stole.
- No więc, Jennifer, ja i twoja matka będziemy musieli udać się na jakiś czas w podróż. - Zaczął bez zbędnych ceregieli ledwo patrząc na swoją córkę.
- Ale po co? Gdzie jedziecie?
- Nie możemy tego ujawnić, to tajna misja, którą wykonujemy dla Czarnego Pana. Chyba to rozumiesz?
Ile ona już razy słyszała to zdanie?! Czemu musi wszystko rozumieć?
- No, tak... Rozumiem. - Odpowiedziała bezwiednie, wiedząc, że ojciec właśnie tego oczekuje. - A ile to potrwa?
- Myślę, że około miesiąca.
- Co?!
- Nie rób takich oczu, nie jesteś głupią dziewczyną! Przecież wiesz, że służba dla Czarnego Pana wymaga poświęceń. To bardzo ważna misja. Nie możemy pozwolić sobie na jakikolwiek błąd. Dlatego ze względu na wyjątkową ostrożność trzeba działać powoli.
- A jeśli coś wam się stanie?
- Przecież nie udajemy się tam tylko we dwójkę! Naprawdę, czasami zadajesz takie bezsensowne pytania. Być może wrócimy wcześniej, być może później. Nie wiadomo jak się sprawy potoczą. Na szczęście jutro wyjeżdżasz do szkoły, więc nie musimy nic dla ciebie organizować. Zachowuj się tak, jakby nic się stało. Nie opowiadaj nikomu zbyt wiele. Wiesz, że musisz być ostrożna. I przykładaj się do tych zaklęć i uroków, których uczyła cię Marchia. - Jennifer chciała się zaśmiać, ale jakoś się powstrzymała. To jej ojciec był czasami taki naiwny. Myślał, że macocha uczy ją zaklęć i uroków. Sam to zalecił, bo bardzo dbał o jej bezpieczeństwo. Mówił, że musi być gotowa do walki w każdej chwili. Te lekcje jednak odbywały się dosyć topornie. Ona siedziała z książkami i czytała o wyjątkowo trudnych urokach, czy zaklęciach, by później je ćwiczyć. W tym samym czasie jej macocha układała swoje ubrania, bądź kolekcje biżuterii, które zajmowały co najmniej tyle miejsca, ile wszystkie ubrania Jennifer.
- No to chyba by było na tyle, możesz wracać do siebie. Lepiej się spakuj, bo jutro wyjeżdżasz. Odstawimy cię szybko na dworzec, jeśli zdążymy, a potem od razu ruszamy na misję.
- Dobrze ojcze.

Wdrapała się po schodach do swojej sypialni i od razu sięgnęła po papierosy. Wiedziała, że teraz żadne z ich dwójki nie przyjdzie do niej na górę. Pukali tutaj, jeśli chcieli, by zeszła na jakiś posiłek, bądź wtedy, gdy szykowała się jakaś poważniejsza rozmowa. Jennifer te wakacje spędziła na ogół w swoim pokoju odliczając dni do powrotu do szkoły. Nie żeby jej brakowało nauki, czy żeby za kimś tęskniła. Po prostu, gdy już dotrze do Hogwartu nie będzie musiała znosić towarzystwa swojej macochy.
Podpaliła papierosa wpatrując się po raz kolejny w ten sam nudny widok za oknem. Dzień był dosyć wietrzny i chłodny, ale przynajmniej nie padało.
- Zresztą, jaka to różnica - pomyślała smętnie wpatrując się w jasne niebo bez jednej chmurki. Żałowała, że aż tak jawnie dała po sobie znać, że boi się tej misji. Nie chciała żeby na nią wyruszali. Oczywiście wiedziała, że nie mogli odmówić Czarnemu Panu, ale ponownie pojawił się lęk o utratę następnej bliskiej osoby. A na dodatek jej macocha mogła pomyśleć, że o nią też się obawia, a to całkowicie mijało się z prawdą. Nie obraziłaby się nawet gdyby coś się jej stało. Już wyobraziła sobie ojca przekraczającego próg domu, i mówiącego: Marchia nie żyje, ale poradzimy sobie córeczko. Ona wtedy mocno by go przytuliła ciesząc się, że w końcu jest po wszystkim. I życie toczyłoby się dalej tak, jakby Marchii nigdy w ich domu nie było. Dopaliła papierosa z uśmiechem na ustach, na myśl o tej cudownej wizji przyszłości, którą widziała oczami wyobraźni. Nie wiedząc, co dalej ze sobą zrobić postanowiła skorzystać z rady ojca i spakować rzeczy. Cieszyła się nawet, że zabrała się do tego wcześniej niż zwykle, bo okazało się, iż nigdzie niczego nie mogła znaleźć. Szkolne szaty wygrzebała spod łóżka, razem z paroma podręcznikami i zepsutą wagą. Pod małym stosem pergaminów znalazła nawet książkę do transmutacji, której wszędzie szukała. W końcu po jakiejś godzinie chowania do kufra wszystkich wygrzebanych z najróżniejszych zakamarków rzeczy, uznała, że jest spakowana. Podeszła więc do wysokiego regału, który zawalony był przeróżnymi czarodziejskimi książkami. Z pewnością nie były to szkolne podręczniki, a wręcz podchodziły tematami pod stare opasłe tomy znajdujące się w dziale ksiąg zakazanych biblioteki Hogwartu. Sięgnęła po pierwszą lepszą księgę - "Najgroźniejsze eliksiry i ich zastosowanie. Tom II - magia dla zaawansowanych". Jennifer musiała przyznać, że tytuł ją zafascynował. Z eliksirów nie była może najlepsza w klasie, w końcu ta cała Hermiona Granger znała na pamięć wszystkie formułki. Wzięła jednak książkę i zaczęła ją kartkować. Napotykała najróżniejsze przepisy na eliksiry, o których nigdy wcześniej nie czytała. Zdziwiła się, że ma w swoim pokoju książki tego typu. Dopiero w te wakacje zaczęła je przeglądać lub czytać. Wcześniej żyła jej matka, jeździli wtedy za granicę albo do rodziny. Teraz cały czas spędzała sama, więc nuda kazała jej chwytać jakiekolwiek zajęcie, by zwyczajnie nie zwariować. Nagle jej uwagę przykuła wyjątkowo zniszczona i zabazgrana drobnym pismem stronnica. Ktoś musiał niewątpliwie korzystać z tego przepisu, bo kartka była pogięta i pochlapana jakimś nieokreślonym płynem, który teraz zaschnięty sprawiał wrażenie, że strona wyglądała jak sztywna, pożółkła tektura. Spojrzała na nazwę eliksiru: "Firmness quientus". Z zainteresowaniem zaczęła czytać opis mikstury.
"Firmness quientus" (łac. "moc śmierci") - znany także pod nazwą "Predecease" (łac. "przedwczesna śmierć"). Nazywany jest eliksirem spokojnej śmierci, gdyż osoba, która go zażyje umiera po niedługim czasie nie zostawiając żadnych widocznych śladów spożycia mikstury. Ciężko jest więc rozpoznać jaka była przyczyna zgonu. Wiadomo jednak też, że przyrządzenie eliksiru spokojnej śmierci jest procesem czasochłonnym i niebywale trudnym. Niełatwo zdobyć składniki, ponadto trzeba odpowiednio rozpoznawać fazy księżyca, przyrządzać każdą cześć eliksiru we właściwej z nich, a także przestrzegać wszelkich środków ostrożności. Antidotum do dziś nie jest znane. Eliksir ten został uznany za niedozwolony w 1764 roku, gdy wśród czarodziejów i mugoli szybko wzrosła liczba niewyjaśnionych zgonów. Ministerstwo Magii pozbyło się wszelkich ksiąg, w których wymieniony był choćby sam opis tego eliksiru. Po niedługim czasie przeszedł on w zapomnienie. Kilka z zachowanych w ścisłej tajemnicy egzemplarzy zostało przełożonych na inne języki, poszerzonych o szczegółowe opisy mikstur i inne przepisy. Niektóre z nich do dziś zachowały się w domach starożytnych rodów czystej krwi...

Jennifer przerwała czytanie by chwilę pomyśleć. Wizja stworzenia takiego eliksiru wydała jej się wręcz cudowna. Nie wierzyła we własne szczęście. Zniszczyli niemalże wszystkie księgi z przepisem na ten eliksir, a jednak ona trzymała w rękach formułę tej jakże złożonej mikstury. Na marginesie było sporo napisanych drobnym druczkiem bazgrołów, których nie mogła rozczytać. Postanowiła nie zaprzątać sobie teraz tym głowy i bez zastanowienia wrzuciła księgę do kufra, obok szkolnych podręczników i zwojów pergaminu. Pomyślała o reakcji Malfoya i Zabiniego, gdy tylko ją im pokaże.
- Oniemieją z zachwytu - szepnęła do siebie, a na jej twarzy natychmiast pojawił się szyderczy uśmieszek. Przeczuwała, że ta stara książka przyda jej się nie jeden raz...
komentarze [2]
Rozdział: Prolog
wtorek, 29 lipica 2008, 18:12:21

~*~

No więc oto i nowy blog! Opowiadanie potterowskie, także o Wielkiej Trójcy, jednak w wydaniu "Ślizgońskim". A mianowicie mowa o: Jennifer Embers, Draco Malfoyu i Blaise’ie Zabinim. Mam nadzieję, że sie spodoba. Najpierw zapraszam do działu "O mnie", gdzie jest sporo wartych uwagi informacji. I to by było na tyle. Pozdrawiam ;*




Gałęzie wysokich drzew uderzały w okna pokoju na poddaszu dając znak, że jesień tego roku przyszła o wiele za wcześnie. Ogromne krople deszczu uderzały o szybę i spływały powoli w dół tworząc na niej tysiące przezroczystych ścieżek. Od dłuższego czasu obserwowała to ciemnowłosa dziewczyna, siedząc na parapecie z podkulonymi pod brodę kolanami. Wyprostowała nogi widząc, że bury kot pragnie dotrzymać jej towarzystwa.
- Chodź Borys - powiedziała, na co kocur wskoczył na jej kolana. Ręka dziewczyny machinalnie powędrowała do jego małej główki, na co zaczął rozkosznie mruczeć reagując z wdzięcznością na drapanie za uszami. Co chwilę zerkała na duży ścienny zegar. Czas zdawał się niemalże stać w miejscu, albo to jej wydawało się, że wskazówki się nie poruszają. W końcu, gdy wybiła północ usłyszała pukanie do drzwi. Zeskoczyła szybko z parapetu zrzucając przy tym burego kota, który parsknął ze złością spadając na podłogę. Dziewczyna wskoczyła szybko do łóżka nakrywając się kołdrą pod samą szyję.
-Proszę- rzuciła udawanie sennym głosem w stronę drzwi, które otworzyły się i stanęła w nich młoda kobieta w czarnej szacie, sięgającej samej ziemi. Długie blond włosy opadały na jej chudą twarz zakończoną ostrym podbródkiem. Spod krótkiej grzywki spoglądały bystre, błyszczące oczy, które kolorem przypominały niebo po burzy. Nie granatowe, lecz też nie błękitne. Dziewczynie kojarzyły się z mętną wodą w jakimś wyjątkowo brudnym strumieniu.
- Jennifer, spałaś już?
- Tak, trochę przysypiałam, ale przed chwilą się przebudziłam. - Ziewnęła ostentacyjnie nie zakrywając nawet buzi.
- Ja z twoim ojcem musimy natychmiast opuścić dom - rzuciła kobieta przysiadając na brzegu łóżka swojej przybranej córki - chyba to rozumiesz? - Spojrzała na nią surowo dotykając jakby od niechcenia swojego lewego przedramienia.
- Tak mamo, oczywiście, że rozumiem - Jennifer nie podniosła nawet wzroku na rozmówczynię. Dalej nie potrafiła pogodzić się z tym, że ojciec kazał jej zwracać się "mamo" do macochy, za którą delikatnie mówiąc nie przepadała. Nie miała nic do powiedzenia, odkąd TA kobieta wprowadziła się do ich domu. Wciąż pamiętała jak w nocy to matka przychodziła do niej i tłumaczyła cierpliwie, że razem z tatą muszą udać się na spotkanie z Czarnym Panem. Wiedzieli, kiedy ich wzywa po piekącym bólu na przedramieniu. Tam obydwoje mieli wypalony mroczny znak. Jennifer wiedziała, że ona też kiedyś będzie taki miała. I zostanie Śmierciożerczynią, by móc służyć temu, któremu służą od lat niemalże wszyscy członkowie jej rodziny. To był dotychczas jej główny cel. Jednak wydarzenia sprzed dwóch miesięcy wywróciły jej życie do góry nogami.
- A wszystko przez Pottera i jego bandę. - Pomyślała z nienawiścią nie słuchając swojej macochy, która cały czas coś do niej mówiła. - To oni rozpętali całą tę szopkę w Ministerstwie Magii pod koniec roku szkolnego! -Matka Jennifer została zabita przez jakiegoś członka Zakonu Feniksa, a Potter nic sobie z tego nie zrobił! Taki z niego bohater?! Uważa, że wszystko, co robi jest dobre i słuszne. Cholerny tępak! - Zaklęła w myślach przypominając sobie, że przez niego została półsierotą. Poczuła łzy cisnące jej się do oczu. Nie będzie płakała. Obiecała sobie, że ten parszywy gnojek zapłaci za to, co jej zrobił i to z nawiązką. Przecież przyzwyczaił się chyba, że traci bliskie osoby, nie będzie więc dla niego aż takim wstrząsem kiedy w końcu nikt przy nim nie zostanie. A wtedy Czarny Pan będzie mógł go zabić. A ona zrobi wszystko, by tak właśnie się stało.
- Jennifer, czy ty mnie w ogóle słuchasz?!
- Co? Ach, no tak, słucham.
- Tak więc nie czekaj na nas, śpij spokojnie. Nie wiem, o której wrócimy, jakby coś miało się przedłużyć to wyślemy ci sowę - macocha Jennifer wstała otrzepując szatę z niewidzialnego pyłku i pochyliła się nad dziewczyną. Ta pośpiesznie odkręciła głowę, tak, że usta macochy zdołały ledwie musnąć jej policzek.
- No to pa!
Usłyszała ciche zatrzaśnięcie drzwi, a chwilę później kroki na schodach. Odchyliła kołdrę i odetchnęła z ulgą. Tak bardzo nienawidziła swojej macochy, że męczyła ją każda, najkrótsza nawet chwila rozmowy z nią. Nie mogła uwierzyć, że ojciec tak szybko zapomniał o swojej zmarłej żonie. W końcu przeżyli ze sobą ponad dwadzieścia lat, a on jakby nigdy nic po dwóch miesiącach od jej śmierci sypia w ich wspólnym łóżku z inną kobietą.
Jennifer kiedyś mówiła, że kochała swoją matkę. Dalej tak uważała, choć nie wypowiadała tych słów na głos. Od jej śmierci, tylko raz rozmawiała o niej z ojcem. Gdy pytał córkę, które rzeczy jej matki mają zostać w domu, a które trzeba wyrzucić. Odsunęła od siebie takie uczucia jak miłość, zaufanie. Przestała wierzyć, że ludzie potrafią kochać bezgranicznie. Zrozumiała, że każdy ma jakiś cel i poprzez zjednywanie sobie ludzi zdobywa to, czego pragnie. Ona także się tego nauczyła. Jeżeli czegoś chciała, a wiedziała, że ojciec nigdy by na to nie pozwolił stawała się zupełnie inną osobą. Przymilała się do macochy tak długo, aż ta w końcu dała się przekonać. Zależało jej na sympatii Jennifer, ona zaś myślała tylko o swoich potrzebach.
Dziewczyna wstała z łóżka i ruszyła w stronę okna. Zdążyła akurat zobaczyć jak jej ojciec i jego nowa partnerka znikają za bramą. Żałowała, że przestało już padać, bo w końcu jej macocha tak długo układała rano włosy. Wiedziała, że muszą wyjść za ogrodzenie, by móc się teleportować. Cały teren wokół domu był chroniony zaklęciami niepozwalającymi na niczyją deportację bądź aportację. Ojciec Jennifer postanowił, że tak ma być dla ich bezpieczeństwa.
Będąc już pewna, że zdążyli się teleportować otworzyła szufladę komody stojącej przy oknie i wyjęła paczkę papierosów - jedyną mugolską rzecz, z którą miała często styczność. Odczuwała głęboki wstręt do wszelkich przejawów nieczystości krwi czy mugolskich obyczajów, lecz z tym nałogiem nie potrafiła jakoś ostatecznie wygrać. Podpaliła papierosa zaciągając się mocno. Otworzyła szeroko okno wdychając rześkie powietrze i rozglądając się dookoła. Widok z jej okna przedstawiał kilka starych drzew, dwie ławki w ogrodzie przed domem i suchą trawę, której nikt nie kosił od dłuższego czasu. Jednak często przesiadywała w oknie. Nie ze względu na krajobraz, lecz właśnie tutaj najlepiej jej się rozmyślało. Nie przyznawała się do tego nawet przed samą sobą, ale patrząc w niebo czasami czekała na jakiś znak, które może dać jej matka. Później karciła się za własną głupotę.
Dopaliła papierosa i już miała zamknąć okno, gdy z daleka na niebie wypatrzyła brązowo-białą sowę należącą do rodziny Malfoyów. Otworzyła je na oścież pozwalając by wleciała do środka. Puchacz wyniośle otrzepał skrzydła z kilku kropli deszczu i wyciągnął z gracją nóżkę w stronę Jennifer. Złapała za pergamin drugą ręką głaskając głowę dużej sowy, która zahukała z wdzięcznością i wyleciała w ciemne, gwieździste niebo.
Jennifer nie przeczytała jeszcze listu, lecz od razu rozpoznała znajome pismo. Co też Malfoy chce od niej na dwa dni przed rozpoczęciem roku szkolnego?

Jenn,
Pewnie się zdziwisz, że piszę. Sam nie sądziłem, ze wykrzesam z siebie aż tyle dobrej woli. No dobra, żartuję. Jest tu ze mną Zabini. Mieszka u mnie od jakiegoś tygodnia i trochę ciężko to znoszę. W końcu mam go na głowie przez cały rok szkolny, no ale trudno. Musiałem go ugościć. Wiesz, że jego starego wsadzili do Azkabanu trzy miesiące temu? Więc teraz aurorzy zabili jego matkę. Wykonywała misję dla Czarnego Pana. Dasz wiarę? Ten pieprzony Dumbledore wszędzie porozstawiał czujki. Ale to już niedługo się skończy, za sprawą mnie i zadania, które dostałem od samego... Tak - dobrze myślisz. Od niego samego, osobiście. Więcej szczegółów dowiesz się jak się zobaczymy. Za dwa dni na peronie. To kończę, Zabini chce zabić Pottera. Powiedziałem, że mu w tym pomożemy. Dorzucimy w promocji kilka trupów bliskich przyjaciół tego bohatera od siedmiu boleści. Mamy w tym roku sporo pracy. No to do szybkiego zobaczenia!
Draco.


Zgniotła pergamin z lekkim uśmiechem na ustach. Z pewnością mają wiele do zrobienia. Dobrze, że ktoś poza nią myśli poważnie o rozbiciu raz na zawsze bandy Pottera. Ona chętnie by go widziała klęczącego przed Czarnym Panem i błagającego o litość. Miała nadzieję, że już niedługo ta scena z jej wyobraźni trafi do prawdziwego życia. Już ona się o to postara...

komentarze [0]




*

Mój Profil



Księga
Wpisz się

*


Podlinkuj


Dodaj do ulubionych


danielle-zabinimorbida-bed-of-roses



*

Rozdziały:
Prolog
I
II
III
IV


*

Blisko:
rudzielec-lily
i-willnever-give-up
malfoy-
checkyourblog
rubare-cuore
danielle-zabini
morbid

*

2008
lipiec (4)
sierpien (1)



*

Szablon mój. Tylko dla tego bloga.
Nie ruszać!